czwartek, 3 kwietnia 2008

Białe róże

Przeprasdzam odrazu za błędy ortograficzne, jakie mogą się znajdować wewnątrz opowiadania, które próbuje teraz zamieścić. Mam nadzieję, że ktoś będzie w stanie to przeczytać. Zapraszam.
BIAŁE RÓŻE
I
Na północy Vuri w miasteczku Bajelkoks. Druga połowa miesiąca zmarźliny.
Miasteczko było małe. Była to noc. Na zewnątrz okropna zawieja. Wszycy pochowali sie do drewnianych chat. Dzieci tylko pokazywały głowy przez okna. Nie... Nie wszyscy. Jedna kobieta nie weszła do żadnej chaty, a wręcz przeciwnie, przybyła z zamiecią. Stąpała po śniegu zapełniającym ulice. Była ubrana na biało, tak biało, że w śniegu nie dawało sie jej zauwarzyć. Szła tak przez miasto i szła. Doszła do środka. Na środku miasta stał pomnik. Był to złoty człowiek stojący na obsypanym śniegiem, czarnym cokołem. Człowiek był rycerzem, miał miecz skierowany ku niebu. Na północ, w góry. Jego wzrok był skierowany w tę samą tronę co klinga. Kobieta wyjeła zza białego zimowego płaszcza bukiet kwiatów o białych łabkach i zielonej łodydze. Padła na kolana, tuż pod mieczem, tuż przy tabliczcce z napisem: ,,Villong: ten który zwycięrzył trzy smoki w Bornym Ataku, ten który walczył z armia trolli i ten który w wojach z trollami dowodził zwycięską armią zginął. Zginął za kraj!''. Położyła białe róże pod nogi złotej postaci. Siadła na nogi, schyliła głowe i zaczeła płakać.
Podszedł rycerz w stalowej zbroi. Spojrzał na kobietę i wyjął miecz. Kobieta wstała i uciekła. Biegła prawie z niemożliwą prędkością, jak na kogoś tak delikatnie zbudowanego i w takim stroju.
II
-Chłopcze, nie widziałeś jej, a ja ci mówie, to dopiero straszydło!-powiedział karczmarz do męszczyzny popijającego piwo.
-Nie opowiadaj głupot. Potwór. Coś ci sie przewidziało. Wódy za wiele.-odpowiedział czarnowłosy męszczyzna.
-Jakiej tam wódy? Byłem trzeźwy jak niewiem co. Możesz sie Dori spytać, a ona widziała wszystko.
-Nie, to nie mogło być to co mówisz. Po prostu jakaś staaruszka przechodziła.
-Tak. Od kąd tu mieszkam, a mieszkam tu od dziesięciu lat. I nigdy jej nie widziałem, nie licząc takich własnie zdarzeń. Nawet straż próbuje coś z tym zrobić. Tak nie może być!
-Korin, choć tu...-krzyknął ktoś z sali.
-Kiro! Muszę iść.-powiedział karczmarz do popijającego piwo i poszedł.
Męszczyzna dalej siedział. Drzwi gospody sie otworzyły, do środka wszedł czlowiek w płaszczu. Podszedł do baru. Położył swój czarny płaszcz. Wyglądał na wojownika.
-Chłopcze jak cie zwą?
-Kiro, panie!-powiedział popijający pwo męszczyzna.
-A, więc Kiro! Powiedz mi gdzie mieści się siedziba waszego wójta.
-Mojego? Daleko! Jeśli chodzi, o tego stąd to nie wiem, bom przybył tylko w odwiedziny do wója, który jest tu karczmarzem. Może jego powinien pan spytać.
-Wołaj, go!
-Wóju!-wrzasną Kiro! Korin, natychmiastowo podbiegł.
-Czego chcesz? Nie widzisz, że obsługuje gosci?
-Ten pan do ciebie.-pokazał na przybysza.
-Jestem Dragoffi. Zapewne słyszeliście o mnie.
-Jesteście tym zbójem? To wy wybiliście tych elfów? To wy, ja o was wiele słyszałem.
-To może i lepiej! Powiedzcie mi gdzie wasz wójt.
-Ja wam zaraz powiem! Już, tylko poczekaj-mówił wściekły karczmarz.
-Poczekaj, panie. Nie chcemy tu żadnych rozbojów. Wasz wójt mnie zatrudnił, ja do niego mam interes.
-Ty to wcale interesu pewnie nie masz! Żadnego!
-Bo se przegniesz!
-Won z mojej karczmy.
-Idę!
Poszedł. Gdy wyszedł na bezpieczną odległość, karczmarz powiedział do swego siostrzeńca:
-Kiro! Idź za nim...
-Co?
-Śledź go, powiedz mu, że pomożesz mu w czymś, czy co? Nie wiem. Szybko, bo będzie za późno.
-Dobra... Idę, choć nie wiem po co ci on.
-Nie on, a to po co przybył tu. Mówię ci, że to to.
Młodzieniec zostawił kufel i wyszedł z pomieszczenia za najemnikiem. Pchnął drzwi, za którymi była ośniezona ulica. Dragoffi robił coś z przeładowanym bagażem na koniu. Kiro podszedł do niego.
-Czego?-spytał najemnik, zanim chłopak zdołał cos powiedzieć.
-Chciałem się po co tu przybyłeś!
-Jeszcze nie wiem, a co?
-Moze mógłbym ci pomóc!
-Jesteś młody i nieznasz tutejszych ludzi za dobrze.
-Ale moim wójem jest karczmarz, a kto inny mógłby tak dobrze znać tutejszych jak on?
-Zobaczymy!-wsiadł na konia-Jeśli chodzi mu o ubicie jakiejś muchy to mi się nie przydasz, a jeśli mi się przydasz to ile żądasz za swoją robotę?
-Ja? Eeekh... Nic!
-Coś tu śmierdzi.
-Co?
-To, że tutaj przyszłeś. Nie wiesz, przypadkiem o co chodzi?
-Wój mówi, że o jakąś białą damę.
-Tak? Co jeszcze?
-Twierdzi, że przynosi róże pod pomnik założyciela i obrońcy miasta, zwał się coś na V...-zrobił minę, która wskazywała na to, że iontensywnie myśli-Nie pamiętam.
-Może to był Villong!
-Tak, to ten. Zawsze to robi, gdy jest burza, albo ciemno. Kiedy nikogo na ulicach niema. Mówią też, że kilku człowieka zabiła.
-W jaki sposób?
-Nie wiem, nie mieli zazwyczaj żadnych ran. Tak po prostu. Śmierć...
-To rzeczywiście możesz mi się przydać, jeśli chcesz!
-No pewnie, że chcę!
-To chodź za mną.
Poszli w którąś stronę. Po drodze Dragoffi wypytywał ludzi o drogę do wójtowego domu. Dozli do okrągłego i okropnie ośnieżonego placu. Na środku stał pomnik złotego męszczyzny z mieczem. Pod jego stopami kupka zwiędłych białych róż . Najemnik zszedł z konia i podeszli razem do wysokiego budynku. Dragoffi przywiązał zwierzę do słupka. Zapukał głośno w drewniane drzwi. Usłyszeli jak za nimi ktoś podchodzi małymi kroczkami. Otworzyły się. W środku stała okrąglutka kobieta w czarnej sukience z białym fartuchem. Miała rude włosy i zielone oczy.
-My do wójta.
-Domyśliłam się. Jest na górze! Proszę, możecie wejść!-powiedziała sztucznym eleganckim głosem.
-Dziękujemy!
Weszli do ciepłego domu i poszli prosto na schody, które były na przeciw drzwi. Na górze był korytarz, po bokach były pozamykane drzwi, lecz na końcu drzwi były otwarte. Siedział tam otyły męszczyzna na fotelu, do połowy brzuch zasłonięty biurkiem. Z owłosienia na twarzy wystawała mu fajka. Zobaczenie ust było niemożliwe. Jego strój był bogato zdobiony. Była to purpurowa bawełna. Na karku miał zawieszony złoty łańcuch z okrągłym wisiorem.
-Podejdźcie!-zawołał wójt! Najemnik i chopak podszedli. Biuro wójta cuchneło tyomiem-Jam jest wójt Ferijo, a wy jesteście ten najemnik Drakorovi?-mówił, prawie łamiąc sobie język na imieniu- A ten obwieś to kto?
-Jestem Dragoffi, najemnik, po którego posłaliście, a ten o to chłopak to siostrzeniecd tutejszego karczmarza. Jak was zwą? Przedstaw się chłopcze!
-Jestem Kiro panie wójcie!-powiedział chłopak.
-On będzie mi pomagał.-dodał Dragoffi-Mówią, że jestem tu po to, aby ubić jakąś wiedźmę. Czy prawdę mówią?
-Częściowo. Macie sprawić, aby wiedźma zostawiła nas w spokoju, mówią nawet, że . Nie wiem, czym to jest, ale ma nas zostawić.
-Zobaczę co da się zrobić. Jeśli mi się uda, to ile dostanę?
-,,Jeśli..''!?-powtórzył z oburzeniem wójt-Zrobicie to, a ja wam dam dwieście kirów.
-Za dwieście to może wam da wasze przecudna służąca i to wątpie. Dacie mi sześćset.
-Co? Za sześć możecie kupić porządnego konia.
-Sława kosztuje. Wybrałeś najlepszego, bo ja znam się na tym najlepiej, a po za tym przybyłem dla was z samej stolicy.
-Co nie znaczy że się spieszyliście. Dwa miesiące, ale to może i lepiej, bo zimą, zawsze częściej przychodzi. Choć i tak było by to szybciej.
-Nie wypominajcie mi wójcie, bo dobrze wiecie, że mogę tego nie zrobić.
-Na daremno byście tu przybywali.
-Lanie ci spuścić też mogę.
-Z prawem niezgodne.
-Ja się prawa nie boję, a nawet gdybym złapany został, na urlop i najwiękzy najemnik pójść może, a wy wpiernicz dostać od niego też. Sześćset i koniec.
-Niech pies pożre. Dostaniesz ile gadasz.
-Coś mówił o psie?
-Nic! Do zobaczenia po załatwieniu sprawy.
-Żegnajcie wójcie!
Wyszli z domu wójta.Na zewnątrz nadal było zimno. Zaczeli się wypytywać przechodnów o Białą damę, ale nic z ego za bardzo nie wyszło. Wszyscy mówili tylko, że zabiła kilka pijaczyn, że przycodzi gdy ulice puste, a więc w burzę i nocami, że ubiera się na biało, że białe róże przynosi pod pomnik na placu, że wydaje z siebie dźwięki płacz przypominające, a jeden to powiedział, że mu nawet miech złota ukradła, ale wszyscy mówili, że to prostu złodziej, bo jaki z nich nie weźmie gdy tak zachęcająco na widoku leży. Po kilku godzinach wypytywania.
-Na noc zachodzi. Idź ty lepiej do domu, a jutro się spotkamy. Popytaj wója o nią. Będziesz mi pomagał to zapłacę ci sporą część z tego co dostanę! Prawie połowa będzie twoja.
-Tak uczynię. Dzięki ci panie!
-Żegnaj, ja pojadę do wójta, zapewne ma coś dobrego na kolację. Da się też wyspać, bo przecie, to on mnie zatrudnił.
III
Pokój był oświetlany kilkoma świeczkami. Na środku iedział karczmarz i zajadał się pieczenią z dzika. Na stole stała też antałek piwa i w kuflu miał jeszcze troche tego napoju, którego trochę popijał. Ktoś zastukał w drzwi.
-Wejść!-powiedział karczmarz. Drzwi się otworzyły, a zza nich wszedł jego siostrzeniec-Kirgo.
-Wóju! Mam do ciebie kilka pytań.
-Siadaj. Chcesz trochę piwa, może pieczeni?
-Nie, dziękuje!-usiadł obok wója-Możesz mi powiedzieć coś więcej o tej wiedźmie?
-A więc jednak o to chodziło temu staremu durniowi. Mówią, że lepiej późno niż wcale. A co chcesz wiedzieć? Chyba nie chcesz mu pomagać?
-Chce wiedzieć o niej coś czego nie wiem, a powinienem wiedzieć, a i to chyba lepiej jak mu pomogę?
-Może i masz rację. A co chcesz wiedzieć? Nie wiem czego ty niewiesz!
-Może powiedz mi czyj jest to pomnik.
-Dobrze! Dawno, dawno temu. A dokładniej-jakieś czterdzieści lat temu. Powstała tutaj osada. Było cieżko tutaj żyć. Z gór atakowały trolle i smoki. Mieszkał tutaj Villong, taki wieśniak, miał ponoć przecudny miecz, to był miecz rodowy. Wiesz przechodzi z ojca na syna. Zakochał sie też w jakiejś wieśniaczce.Potem zaatakowało osadę troje smoków przybywających z niedalekich gór. On ich jakościk potopił, sprzedał łuski i inne, a za kasę rozbudował osadę. Wiesz smocze części nie są tanie. Zarządał od króla praw miejskich, a potem wojna z trollami. A właściwie kilka bitew z grupką trolli, którą wygraliśmy, al zgineło wielu, wśród nich był Villong. Ludzie postawili mu pomnik ze złota za jego dokonania. To wszystko.
-Myślisz, że ta kobieta to może być ta wieśniaczka?
-Chodzi ci o jego ukochaną? Wątpie! Jakaś wieśniaczka, takie rzeczy? Nie, to niemożliwe.
-Może i masz rację.
Kiro był pewien, że to ta wieśniaczka ,mimo że o tym nie mówił. Wiedział, że musi powiedzieć o tym Dragoffi.
Poszedł spać!
IV
Chłopak wyszedł za najemnikiem. Pogoda nie była za ciekawa. Wiał wiatr, śnieg zaczął padać. Lekko prószył śnieg. Poszli oboje na plac. Schowali się za pomnikiem. Siedzieli i czekali, aż pogoda się pogorszy.
-Ja, muszę ci powiedzieć, że też wątpię, aby to była ta wieśniaczka. Wiem, że to wydaje się logiczne, ale to nie mogła być ona. Zapewne jakaś maniaczka, albo co...-powiedział najemnik.
-Może i tak, ale ja bym odrazu nie skreślał tej możliwości.
Wiatr rósł w siłe. Zaczeła się porządna zamieć, ale i tak kobieta nie przychodziła.
-Nie przychodzi.-powiedział chłopak.
-Widzę.
-Może już nie przyjdzie.
-Może, ale musimy czekać, nie możemy zmarnować takiej okazji. Jest duża możliwość, że przybędzie.
-A może nie przychodzi bo my tu jesteśmy.
-Nie wierzę, aby to wogóle miało jakąś magię. Dobra cicho bądź, bo nas usłyszy i nie podejdzie.
Wiatr był silny, a nawet bardzo silny. Na iebie świecił kiężyc, którego kztałt od koła różnił mały ubytek po prawej stronie, co mówiło, że niedawno była pełnia.
-Dragoffi, a może ona przy pełni przychodzi, zobacz, przed wczoraj była pełnia.
-Nie! Niwpamiętasz co ludzie mówili, w różnych porach przychodziła, a więc to nie ma znaczenia.
-Masz rację.
Z niektórych okien wydobywało się jeszcze troche światła, ale tylko z niektórych. Czekającym było zimno, a nawet bardzo zimno. Gdyby nie to, że byli tak grubo odziani, pewnie dawno by już zamarzli. Usłyszeli czyjeś kroki na śniegu. Kiro poczuł paraliżujący strach. Kroki robiły się coraz głośniejsze i wyraźniejsze. Usłyszał jak pada na kolana. Prosto wśnieg. Poczuł poklepnięcie swego przyjaciela na ramieniu. Pamiętał, co ludzie mówili. Mówili, że mordowała tego, kto jej drogę zaszedł. Najemnik jeszcze raz poklepał, a kobieta w tym samym momencie zaczeła płakać.
-Terass-zaszeptał Dragoffi-terass.
-Już idę.-odszeptał chłopak.
-Na tszy! Ras... dwa... tszy...-obiegli pomnik z dwóch stron!
Kobieta podniosła głowę. Była w białym płaszczy, miałe bardzo pomarszczoną twarz i białe włosy, co wskazywało na jej sędziwy wiek. Bukiet świerzych róż leżał pod stopami złoego rycerza. Kobieta wstała.
-Zostawcie mnie...-cała trujka zapadła w bezruch. Do chwili... Kobieta szybkim ruchem, nawet jak na młodą, odwróciła się i wystartowała. Biegła do bramy. Dragoffi i Kiro pobiegli za nią. Ledwo ją widząc wybiegli z miasta. Dziwne, brama była otwarta... Wbiegli do lasu, po długim slalomie trafili na polanę. Kobieta biegła pod górkę, a najemnik z chłopakiem za nią. Bach...
Obaj czyli zimno. Ból na twarzach był okropny. Kiro był pewien, że to już koniec. Próbował wstać, ku jemu ździwieniu udało mu się to. Najemnik zrobił to samo. Kiro zobaczuł, że twarz kolegi była cała w śniegu. Poczuł, że na jego twarzy, też nie brakuje tego materiału. Wytarł się. Dragoffi pokręcił silnie głową. Śnieg z niego pospadał.
-Chyba wywaliliśmy się o jakąś gałąź ugrzęźniętą w śniegu.-powiedział Kiro spoglądając na odkrytą w dwóch miejscach gałąź, akurat tam, gdzie były odznaczone stopy męszczyzn.
-Musimy biec dalej.
-Ale...
-Nie gadaj. Idziemy tam.-wskazał na w stronę którą wskazywały ciała, było to pod górę.-Musimy, są ślady.-rzeczywiście, ślady kobiety jeszcze były, choć śnieg je zapełniał, zmniejszając różnice poziomu.
Wszędzie było biało. Zamieć się zwiększała. Na dodatek to że była to noc. Ciężko było zobaczyć cokolwiek. Dragoffi ujrzał żółtą kropkę. Światło.
-Spójrz na górę. Widzisz te światło.-starał się mówić głośno i wyraźnie, co było trudne w takiej zawiei.
-Widzę! Chodźmy...
Poszli. Szli. Im dalej tym kropka zmieniała się w coraz wyraźniejszy kształt z oknem z którego dobiegało światło. Doszli do tego kształtu. Był to drewniany dom. Zbodowany z pali. Z komina wydobywał się dym.
-To tu.-szepnął najemnik.
-Wchodzimy?
-Musimy!
-No dobra prowadź.
-Nie mów, że obleciał cię strach. Jesteś nowicjuszem i musisz sie wiele nauczyć, więc idź pierwszy.
-Ale ja tylko ten jeden raz. Ty jesteś taki sławny, więc pokaż klasę.
-Dobra idę.
Podszedł do drzwi. Zapukał i otworzył. Spojrzał, zamachał do Kiro zachęcająco. Poszli oboje. Zamknął drzwi. W chacie było pełno złota. Ozdoby, monety, trofea, naczynia. Było też dużo klejnotów, srebra i wiele innego bogactwa. Staruszka weszła do pomieszczenia w którym stali męszczyźni.
-Odejdźcie! Zostawcie mnie! Zostawcie mnie w spokoju.-mówiła głosem, który wskazywał, że zbiera sie jej nqa płacz.
-Kim jesteście kobieto?
-Nikim, marnym niczym.
-Po co nachodzisz miasto.
-Nie nachodzę miasta! Idę uczcić pamięć po moim Villongu.
-A więc tyś jest jego kobieto?
-Byłam kiedy on był. Teraz mnie nie ma, bo jego nie ma.
-Czemu sie ukrywasz i skąd masz tyle skarbu.
-Głupi, czy co? Mój narzeczony ubijał wsmoki, to i mam. A i sie nie ukrywam, tylko się nie pokazuje, a ludzie o mnie zapomnieli, to i panikę robią.
-Ale straszysz małe dzieci, a i tak to nie ma sensu, musisz zapraestać.
-Robie to trzydzieści dziewięć lat i sześć miesięcy, wiec może rzeczywiście jest to już za długo.
-Ale jak udało ci się otworzyć brfamę i odgonić halabardników.
-Kupiłam ich wszystkich. Nie byli zbyt drodzy, a i nic nie mówią.
-Ale czemu to robisz.
-Me życie nie ma sensu, po co mi złoto, po co mi cokolwiek. Jego nie mam. On tak poprostu padł. Padł i nie wstał. Nie podnoił swojego głupiego miecza. Wolałabym, aby machał nim całymi dniami, niż abym bez niego siedziała całymi dniami. Wracajcie, jeśli chcecie abym przestała, to i przestane, a teraz zostawcię mnie samą... samą ze wspomnieniami.
V
Następnego dnia.
-Mam nadzieję, że twój wój się nie gniewa, że u niego spałem.
-Nie, niemozłiwe.
-Teraz idźmy po pieniądze. Dzielimy się pół na pół.
-Dobra. A to co?-spojrzał na tłum stojący przed nimi.
-Nie wiem.
Przedarli się pod drzwi domu wójta. Była to jedyna część placu, która nie była zajęta przez mieszkańców. Zobaczyli dlaczego tłum sie zebrał. Na pali domu wójta wisiał naprężony sznur. Na sznurze wisiało ciało kobiety. Dragoffi podszedł do kobirty. Wyjął kartkę z białej rękawiczki. Rozłożył ją. Przeczytał. Jego mina stała sie wyraźnie smutniejsza.
-Co tam pisze!-powiedział Kiro.
-,,Jest napisane''-poprawił go najemnik-Sam zobacz.-wręczył mu kartkę.
Była to równa i cienka kartka. Lekko pożółkła. Miała równe wygięcia powstałe przez składanie. Na niej widniało piękne kobiece pismo.
,,Drodzy ludzie, którzy to czytacie.
Przepraszam, że odrazu brutalnie przechodzę do sedna sprawy. Przeszkadzałam wam, co widać bez zagłębiania się bliżej w sprawie. Chciałam powiedzieć, że nie jestem wiedźmą i że przynosiłam kwiaty pod pomnik, bo wytopiony jest mój ukochany. Odejdę. Odejdę na drugą stronę. Chcę sie z nim w końcu spotkać! Żegnajcie.
Bollotira z Bajelkoks''

Dobra, już nie płaczemy, to koniec. Dziękuje za przwczytanie.

Brak komentarzy: